Julia - fanfiction

Fanfiction ver.1 

11.03.2153

Nazywam się Julia. Mam 17 lat. Krótkie, cienkie włosy. Oczy koloru mocnego brandy. I to. Zimno, które mnie wypełnia. W mojej krwi płynie coś, czego ludzie muszą się bać. Mój dotyk jest śmiertelny. Ja jestem niebezpieczna. Pomyślałam, że gdy już znalazłam papier i atrament, rozpocznę od tej wstydliwej prawdy. Nigdy się jej nie pozbędę Obiecuję, ze kiedyś porwę tę kartkę i spalę. Jeżeli ogień odważy się przy mnie płonąć. Obiecuję.
20.11.153
Uciekłam. Lecz wcale nie czuję się wolna. Może dlatego, że z wolności mogą się cieszyć tylko niewinni. Spędziłam w tym ośrodku dla nieletnich 546 dni 15 godzin i 34 sekundy. Ulga. Birę tak głęboki oddech, że powinnam przynajmniej dokopać się do wnętrza Ziemi. Drobna poprawka. Właściwie to nie uciekłam, ale zostałam wypuszczona. Więcej – zostałam u r a t o w a n a. Przez płomienie, dym, ognistą łunę, a wszystko to wywołane potężną eksplozją na dole zakładu. To dziwne – gdy chwiejnym krokiem chodziłam przez parne korytarze miałam wrażenie, ze moje ciało odnotowuje wszystkie oparzenia. Nie mogłam zabić pożaru, ale on najwyraźniej miał czelność by zabić mnie.
Na ulicy panuje chaos. Odchodzę od tego świata. Wszędzie pełno ludzi. Przeciskam się między nimi, chowając dłonie w ramionach. Odchodzę 3 metry. 20. Rząd strażników ubranych w poliestrowe skafandry zamyka mi drogę. Wtedy jedna z setek  dłoni wynurza się i zatrzymuje mnie.
- Pójdziesz. Ze mną - słyszę męski głos.
Wystarczy jeden dotyk i nigdzie mnie nie zabierze, przechodzi mi przez myśl. Czuję się tak, jakby dwa tornada walczyły o prawo wessania mnie do środka. Żołnierz szuka chipu, który posiada każdy ( więzień) z ośrodka. Po chwili wyjmuje strzykawkę i wbija beznamiętnie igłę w moją dłoń.
- Na lewo. – odzywa się gardłowo. I zanim zdołałam przebić się przez szum rodzący się w mojej głowie i uzmysłowić sobie, ze po lewej stronie stoi wielki odrzutowiec, białe skafandry przywlekły mnie do środka.
22.11.2153
Budzę się w wielkiej, białej Sali. A tak naprawdę jestem więźniem szkła, maszyny, która zabija moją złudną niezależność. Dusze się. Tracę panowanie nad sobą, oddycham milion razy na minutę. Powietrze jest gorące gorące gorące. Zauważam ze mam: gęsią skórkę. Nie mam: żądnych ran, opanowania, tlenu. Widzę wnętrze wypchane elektroniką i dziwnymi narzędziami. Boję się. Szczególnie, że pojawi się ktoś, kto umie robić nimi krzywdę. Boję się. Ktoś tu chyba jest. Szepty. Trzask miniaturowego pioruna. Nagle słyszę swoje imię. Rozglądam się. Do pomieszczenia wchodzi chłopak ubrany w kombinezon. Wprowadza kod i kabina mnie wypluwa mnie ubraną w cienki pergamin.. Za biurkiem leżą bezwładnie dwaj mężczyźni w białych uniformach. 
- Julio, musimy uciekać!  Szybko  - mówi tylko i sięga po moja dłoń. Patrzę na jego delikatnie zarysowaną twarz, błękit oczu przysłonięty zmrużoną w wyczekiwaniu powieką. Wyobrażam sobię ciepło jego dłoni, nie wiem kim jest, ale już, już nasze palce są splecione ze sobą.  A on zaciska druga pięść na broni.
Biegniemy. I Świat nie jest już ani białymi korytarzami przez które mnie prowadził ani ciemną izolatką ani żywym ogniem. Jest pustką.
On mnie trzyma za r ę k ę.
 Patrzę w dal. Znajdujemy się na piaszczystej wydmie. Suchy wiatr chce ukraść moje włosy. On prowadzi mnie do dziwnie wyglądających zwierząt niczym krzyżówka żyrafy z małą, żółtą górą, a potem daje parę rękawiczek obcisły płaszcz.
- No jakkolwiek dziwnie to brzmi, usiądź we wgłębieniu miedzy garbami. – I bez pozwolenia posadził mnie na tym przerośniętym kucu.
- Gdzie mnie prowadzisz? – odzywam się. Mój głos brzmi nienaturalnie, w końcu nie mówiłam do kogoś od lat.
- Wszystko wyjaśnię ci po drodze, ale na razie musimy się stad wynosić.
- O Boże.
Za nami jak mrówki wychodzą ludzie w białych kombinezonach.
Ruszamy  niebywale szybko. Słyszę strzały. Nagle z dołu i zza budynków wyłaniają się  12, 20, 30 ludzi na wielbłądach. Strzelają do żołnierzy, cały czas posuwajac się do przodu i osłaniając mnie i chłopaka. Powietrze faluje, gdzieś obok nas przemyka biel, miesza się z krwią i hukiem oddechów, gorączkowym biciem serca. Bije coraz wolniej. I wolniej.
Ucieczka na wielbłądach stała się szaleńczą tułaczką. Słońce jest wielką ognistą kulą, którą mogłabym połknąć, by przestało mnie torturować.
- Jakby co nazywam się Aleks. – odzywa się jakieś dwa wieki później.
Milczę. Jestem zajęta obliczaniem odległości dzielącej mnie od słońca. To będzie 5 cali.
-  Jedziemy teraz do Bazy Północnej, gdzie będziesz bezpieczna. Od tak dawana cię szukaliśmy! Słyszałem, że jesteś cholernie niebezpieczna.
Jeszcze dwa cale i stopię , zamrożę stopię zamrożę słońce.
- I zniewalająco piękna.
Topię się.
- Aleks – wymawiam jego imię. Po raz pierwszy w życiu - zamrażam ludzi dotykiem - odwraca się do mnie. Niebieskie oczy skupiają się na mojej twarzy  – Przez całe życie próbowano się mnie pozbyć, zamknąć, obejść szerokim łukiem, a w y przygarniacie mnie z własnej woli. Nie jestem tego warta.
- Oh, to nie jest tak, że ratujemy cię z potrzeby serca – wtrąca się jakaś dziewczyna o ognistych włosach. – właściwie jakby nie patrzyć, to jesteś naszym jeńcem i przydasz nam się.
- Jannel, chciała powiedzieć, że dziękuje Bogu za to, ze jesteś z nami – dodaje mężczyzna obok – A poza tym, Alex, jakbyś się chciał z kimś zamienić Julią, daj znać.
-Dam sobie radę– mówi rzeczowo a do mnie – mówiłem ci, że się ciebie strasznie boję?
Bomba jądrowa we mnie wybucha. Kąciki moich ust unoszą się w lekkim uśmiechu.
23.11.20153
Dowiedziałam się, że nasz Kraj opanowali ludzie w białych jak bardzo się ciebie
kombinezonach. Grupa z którymi mam okazję przebywać jest częścią organizacji mającej przeciwstawić się wrogowi. Wrogowi z znikąd. Wrogowi, który od lat budował bazy na całym świcie, który podbija agresją, masowym atakiem i paniką. A ja mam się przyłączyć do Obrońców. Cóż Nie mam wyboru.
Nazajutrz dotarliśmy do wioski zamieszkiwanej przez czarnych ludzi. Większość z nich była naga, niedożywiona. Mieli na sobie różne przepaski, naszyjniki, malunki na ciele, znamiona na twarzach które epatowała nieprzystępnością i nieufnością. Dzieci biegały za nami z nadzieją, ze coś od nas dostaną.
- Nic nam nie zrobią. To plemię Ta-schi. Jedno z nielicznych, którzy ostali się w Afryce.– wyjaśnił Aleks.
Wieczorem tubylcy przygotowali całej drużynie posiłek przy ognisku. Panował skwar, kazano mi jednak nosić płaszcz, buty i rękawiczki, dzięki czemu byłam w centrum zainteresowania. Staruszka siedząca obok mnie nieustannie wykonuje gwałtowne ruchy, a jej usta wypuszczają niezrozumiałe, pełne ekspresji słowa. Niespodziewania wstaje i rzuca garścią proszku prosto w ogień. Ta schi zerwali się na równe nogi obserwując kobietę. Ona wskazuje na mnie siedzącą koło oszołomionego Alex, chwyta za moją rękę, zdzierając rękawiczkę., polewa ją śmierdzącymi substancjami, . I wkłada do ognia.  Krzyczę. Rozpadam się na milion kawałków. Płomienie rozrastają się. Nikt nic nie robi. Wyjmuję dłoń. A ona lśni kryształkami lodu.
- Maji! Maji! – unosił się krzyk. Tłumy ludzi przelewały się koło mnie. Wiwatowali. Nie wiem co się dzieje.
- Woda. – mówi jeden z czarnoskórych – Możesz dać nam wodę.
Szaleństwo. Drżę na myśl o tym, do czego mogą się posunąć ci szaleńcy. Alex jest w szoku. To było nierealne. Kosmiczne.

25.11.13
To jest straszne. Widzieć cierpienie tych ludzi, gdy ich opuszczaliśmy. Otaczali mnie niemal nabożnym szacunkiem, czasem miałam wrażenie, ze po prostu chcą mnie zakopać w ziemi i czekać aż wytryśnie strumień.  Aleks i dwóch innych chłopaków, Micky i Elton pilnują mnie, reszta przygotowuje sprzęt, pozostali próbują uspokoić zebranych murzynów. Lament. Zamieszki. Wtedy od prawej strony podchodzi do mnie dziewczynka w  trzynastu czarnych warkoczykach. Jest mała, ledwo stawia kroki. Biegnie. I przewraca się. Jest dwa palca chcą podeprzeć się. I muskają moją skórę.
22.11.53, 11.00
Nazywam się Julia. Mam nową powłokę, specjalny ochronny strój, co nie czyni mnie mniej morderczą niż w rzeczywistości. Wokół mnie jest więcej ludzi podobnych do mnie, ale i tak jestem samotna. Paranormalne moce ma jeszcze 23 doby. Nikt tutaj nie ma oczu koloru Brandy. Nikt tutaj nigdy nie pił Brandy.
Za chwilę ruszę na misję do Chicago.
Jego ze mną nie ma. Nie widziałam Aleksa od chwili przyjazdu do Bazy. Moje dni wypełnia tylko samotność, treningi i zdawkowa wymiana zadań z ludźmi. Nie próbowałam się z nikim zaprzyjaźnić. Już widzę tę rozmowę „Hej? Mogę wytworzyć fale radiowe, a ty co potrafisz?-  A ja? – Odpowiadam-  Ja zamrażam ludzi. Jakby co jestem wolna, wpadnij.
12.43.
W kadłub samolotu uderzają pociski. Nie dobrze. Drugi. Siła wybuchu trzęsie pasażerami. Trzeci. Tam stoi Aleks. Więc biegnę biegnę biegnę. Dźwięk odrywającego się metalu. Jesteśmy jak Lalki w pudełku zdani na łaskę niegrzecznego chłopca. Ciało Aleksa przygniata moje. Czwarty pocisk. To już ewakuacja. Ewakuacja. On oddycha czy nie oddycha czy on…

Piąty ostrzał. Alex odnajduje ł mój podbity policzek, delikatnie głaska lodowatą powierzchnię zwaną skórą .Uśmiech pojawia się  na jego twarz, a ponieważ nie poczuł najczystszej formy bólu, szuka dalej. A gdy odkrył moje usta pomyślałam jedno. Musimy przeżyć.

My name is Julia. I am 17 years old. short, thin hair. Eyes the color of strong brandy. And it. Cold, which made me complete. In my blood is something that people have to be afraid. My touch is fatal. I am dangerous. I thought that once I found a paper and ink, I want to start from this embarrassing truth. Never its not, I live I promise that once porwę this card and I'll burn. If the fire with me dare to burn. I Promise.
20.11.153
Escaped. But I do not feel free. Maybe it's because freedom can enjoy only the innocent. I've spent at the resort for minors 546 days 15 hours and 34 minutes. Relief. Birę so deep breath, that I should at least to dig down to the center of the Earth. A minor amendment. Actually it's not escaped, but was released. More-I u r a t o a n a. By flames, smoke, fiery glow, all caused by a powerful explosion at the bottom of the plant. It's weird-when I step from the unsettled by steamy corridors I had the impression that my body takes note of all burns. I couldn't kill the fire, but he apparently had the effrontery to kill me.
On the street chaos. I walk away from this world. Full of people everywhere. Przeciskam between them, hiding your hands in the arms. Leaving 3 meters. 20. Government security guards dressed in polyester suits, closes me the way. Then one of the hundreds of hand emerges and stops me.
You Go. With me-I hear a male voice.
Just one touch and not take me anywhere, goes through my mind. I feel as if the two tornadoes fought for the right wessania me inside. A soldier looking for a chip that holds each (the prisoner). After a while, remove the syringe and needle in hand my dispassionately sticks.
-On the left. -speak gardłowo. And before all cut through the noise emerging in my head and remind yourself that on the left is a big Jet, white przywlekły suits me inside.
22.11.2153
I wake up in the white room. And really I'm a prisoner of glass machine that kills my delusory independence. Souls. I'm losing control of myself, I breathe a million times a minute. The air is hot hot hot. Zauważąm I have: the creeps. I do not have: eager for wounds, master, oxygen. I can see inside stuffed electronics and strange. I'm afraid. Especially that you get someone who knows how to do them harm. I'm afraid. Someone here probably is. Whispers. Miniature Clack lightning. All of a sudden I hear your name. I look. The room is a boy dressed in a suit. Introduces the code and shower me wypupluwa me dressed in ieńki parchment. Behind the desk lie limp two men in white uniformach.
-Julio, we must flee! Fast-says only reaches my hands. I look at his face, the higher level of gently blue eyes concealed by zmrużoną in expectation of eye. I imagine a warm hand, I do not know who he is, but right now, our fingers are entwined with each other. And he tightens the other fist on weapons.
We Run. And the world is no longer or white corridors through which guide me or dark izolatką or live fire. Is void.
He's holding me for r of k.
I look into the distance. We are located on the sandy dune. Dry wind wants to steal my hair. He leads me to a strange-looking animals like giraffes crossword with a small, yellow mountain, and then gives you a pair of gloves, tight coat.
-Well, however strange it sounds, sit in the recess between the Stumpy. -And without the authorisation of the seated me on this an exaggerated kucu.
-Where I run? -speak. My voice sounds unnatural, in the end I said to someone for years.
-All I will explain you along the way, but for now we have to be here.
-Oh, God.
For us as ants come out people in white suits.
We move incredibly quickly. I can hear the shots. Suddenly from the bottom and behind the buildings emerge 12, 20, 30 people on camels. Shoot the soldiers all the time posuwajac forward and covering me and boyfriend. The air ripples, somewhere next to us climbing in white, mixed with blood and a bang breaths, hectic heartbeat. Beats getting slower. And slower.
Escape to camels became frantic tułaczką. The Sun is a big ball of fire that I could swallow that stopped torturing me.
-Like what my name is Alex. -heard some two centuries later.
Milczę. I'm busy calculating the distance that divides me from the Sun. It's going To be 5 inches.
-We're going now to the base, where you'll be safe. So given you have been looking for! I've heard that you are damn dangerous.
Two more inches and stopię, zamrożę stopię zamrożę.
-And seductively beautiful.
Topię.
-Alex-I'm pronouncing his name. For the first time in my life-freezes people touch-turns to me. Blue eyes focused on my face-throughout his life tried to get rid of me, quit, go around a wide arc, and y przygarniacie me involuntarily. I'm not worth it.
-Oh, this is not so that we save you need – interjects some girl with fiery hair. -actually, if they did not look, then you are our prisoner and add us.
-Which is a French, wanted to say that I thank God for that you are with us – adds a man next to – and besides, Alex, if you want someone to replace Julia, let me know.
-I'll get along, says materially and to me-I told you that you are terribly afraid?
Nuclear bomb explodes in me. Corners of my mouth float in a slight smile.
23.11.20153
I found out that our country have mastered white people how much you
suits. Group with whom I have had the opportunity to stay is part of the organisation to oppose the enemy. The enemy from nowhere. The enemy, which has been built around the base at dawn, which conquers aggression, massive attack and panic. And I have to join the defenders. Well I have no choice.
The next day we reached the villages inhabited by black people. Most of them were naked, niedożywiona. Were wearing different loincloth, necklaces, body paintings, moles on their faces that epatowała nieprzystępnością and suspicion. Children were running behind us with the hope that something will get from us.
-Nothing we won't do. A tribe of the schi. One of the few who stay there in Africa.-wyjąśnił Alex.
In the evening, the natives have prepared the entire meal for a campfire. There was a scorcher, but I was told to wear a coat, boots and gloves, so I was in the spotlight. The old man sitting next to me constantly performs jerky movements, and her mouth until they release a confusing, full of expressive words. Niespodziewania gets up and throws a handful of powder straight into the fire. This ar to observing the legs broke. She shows me sitting next to Alex oszołomionego, grabs my hand, zdzierając glove, topping her smelly substances. And put into the fire. I Scream. Coreright will say anything in a million pieces. The flames grow. No one does nothing. I take out the hand. And she shines ice crystals.
-Maji! Maji! -hovered scream. Crowds of people flow, next to me. Cheered. I do not know what is going on.
-Water. -says one of the blacks-you give us water.
Madness. I shudder at the thought of what can go you crazies. Alex is shocked. It was unreal. Space.

25.11.13
This is horrible. To see the suffering of these people, when their opuszczaliśmy. They surrounded me nearly nabożnym respectfully, sometimes had the impression that they just want me to bury in the ground and wait until there shall be a stream. Alex and the other two guys, Micky and Elton guarding me, the rest is preparing the equipment, the other trying to calm collected  black men. Lament. The Riots. Then from the right comes up to me in the black girl 13 warkoczykach. Is a small, barely puts steps. Runs. And falls over. Is a two finger they want to support. And muskają my skin.
22.11.53, 11.00
My name is Julia. I have a new shell, special protective attire, what does that make me less murderous than in reality. All around me there are more people similar to me, but I'm so lonely. Paranormal powers still has 23 odoby. Nobody here does not have the eye color of the Brandy. No one here has never drank Brandy.
In a moment I will leave on a mission to Chicago.
His with me no more. I have not seen Alex from the moment of arrival to the base. My days fills only loneliness, training and the exchange of zdawkowa tasks with people. Tried to make friends with anyone. I can already see this conversation "Hey? Do I create radio waves, and you what you can do? — and I? -Answer-I freezes people. If I am free, drop by.
12.43.
In the fuselage hit shots. Not well. The Second. Blast shakes passengers. The Third. Alex standing there. So I run I run I run. Odrywającego sound like metal. We are like Dolls in a box on your at the mercy of the naughty boy. Alex's body was crushing my. The fourth bullet. It's evacuation. The Evacuation. He breathes or is not breathing, or on ...
The Fifth fire. Alex finds the my raised cheek, gently głaska ice surface called the skin.A smile appears on his face, and because they felt the purest forms of pain, looking on. And when I discovered my mouth I thought one. We need to survive.

Oryginał
Spędziłam w tym ośrodku dla nieletnich 546 dni 15 godzin i 34 sekundy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz